Nawigacja

"Wąsy" - Montownia w Och Teatrze

O mojej już prawie fascynacji działaniami Teatru Montownia pisałem już wcześniej, zatem zapewne nikogo nie zdziwi, że jak tylko nadarzyła się okazja, udałem się pewnego wieczoru do Och Teatru, w którym Montownia (i to w pełnym składzie!) prezentowała sztukę napisaną specjalnie dla niej. A taka grupa, chcąc utrzymać się z wykonywanej przez siebie pracy, musi grać rzeczy, które przede wszystkim przypadną do gustu szerszej publiczności, a nie tylko tym, którzy szukają dzieł „trudniejszych”.

„Wąsy” to sztuka napisana właśnie pod gust owej… szerszej publiczności. To sztuka, którą obejrzą z wielką radością i być może z pełnym zrozumieniem wszyscy, którzy tylko nie boją się przekroczyć teatralnych drzwi. I mogą śmiać się, mogą rechotać, mogą… poczuć się jak na ulicy, w pracy, na działce, jak w domu. Bo autor sztuki nie sili się na jakiekolwiek udawanie, ale wali bezpośrednio w twarze oglądających obrazkiem i mową, z jakimi - tak na dobrą sprawę - obcujemy na co dzień. Nie brakuje zatem wulgaryzmów, nie brakuje prostych skojarzeń. Postaci przerysowane są do granic możliwości, kumulując w sobie charakterystyczne dla danego typu człowieka cechy. W przeważającej większości oczywiście negatywne cechy.

Jak napisałem wyżej, rozumiem (ekonomiczny) powód pisania takich sztuk i powód grania ich przez Montownię, ale trochę szkoda, że tak znakomici aktorzy muszą obrzucać się wulgaryzmami, żeby przyciągnąć szerszą widownię. Przy czym trudno cokolwiek zarzucić aktorom, albowiem są – jak zawsze – znakomici. Grają tak, jak nas nauczyli, zgodnie ze swoimi temperamentami, swoimi charakterami, swoimi stylami. Chociaż zapewne w tym wypadku wcale by nie musieli, to jednak popisują się swoim aktorstwem, kolejny też raz udowadniają, że w przebierankach i graniu kilku ról jednocześnie godni są mistrzów z grupy Monty Python.

Na koniec zatem parę słów o fabule. Czterech znajomych spotyka się u jednego z nich na corocznej popijawie, podczas której dzielą się opowieściami o ostatnich wydarzeniach w ich życiu i pracy, komentują bieżące sprawy i wracają wspomnieniami do przeszłości. Klasyka. Oczywiście spotkaniu i opowieściom towarzyszy grill i niezbędny w takich sytuacjach alkohol. Czterej mężczyźnie nie ucztują bynajmniej sami, albowiem każdemu z nich towarzyszy małżonka. Dzięki czemu, każdy z aktorów może zagrać jednocześnie mężczyznę i kobietę. I – jak należy się domyślić – w każdej z tych ról każdy z nich doskonali. Jak kończy się sztuka napisać nie mogę, ale warto doczekać do samego końca.

Niejednoznacznie zatem można odebrać tę sztukę. Z jednej strony to obraz klasycznych Polaczków, z których naśmiewamy się każdego dnia, a do bycia którymi – jak podejrzewam – oczywiście nikt z nas się raczej nie przyzna. To sztuka, która może wzbudzać (i wzbudza) rechot z małości, prostoty, nijakości „Januszów” (tak podobno młodzież określa teraz „rasowego Polaka”). Można zatem potraktować ją jak rodzaj kabaretu. Trzeba mieć jednak nadzieję, że parę osób zrozumie, że ci, z których się śmiejemy, to my, my wszyscy. A to może spowoduje, że dokonamy jakichś zmian w naszym postępowaniu, że zaczniemy (wreszcie) myśleć. A wtedy Bóg (niechby nawet wyglądał jak Elvis) znów spojrzy na nas życzliwym okiem…

Ray

tekst: Maciej Kowalewski
tłumaczenie: -
reżyseria: Maciej Kowalewski
scenografia i reżyseria świateł: Piotr Rybkowski
kostiumy: Pola Gomółka
charakteryzacja: Ewa Kowalewska
obsada: Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki
premiera: 20.09.2012

foto ze strony Och Teatru, wyk. Hubert Komerski

40 czytań