Nawigacja

Wrześniowy wypad do Rumunii cz.2

Wrześniowy wypad do Rumunii... (cz.2)

Ponieważ wcześniej przez Polskę jechaliśmy nocą, dlatego niedzielna podróż pokazała nam, ile się traci jeżdżąc w nocy. O ile krajobrazy, które mijaliśmy od Warszawy do okolic Rzeszowa miałem już okazję widzieć, o tyle dalsza część trasy na południe była dla mnie dziewicza. Z powodu jakiegoś zdarzenia drogowego, trasa nam się wydłużyła, dzięki czemu pierwszy raz w życiu dotarłem do Rymanowa Zdroju, ale też miejscowości o wdzięcznej nazwie Wróblik Szlachecki (niniejszym pozdrawiam moją drogą koleżankę Iwonę!). Mieliśmy zatem szansę zobaczyć niesamowite pejzaże, niesamowite kościoły, ale też kilka drogowskazów, które wskazywały, że sporo jest ciekawych miejsc do zobaczenia w tej części Polski. Podobnie było po stronie słowackiej, przy czym oczywiście nas najbardziej zaintrygowały ruiny zamku w Kapušanach. Mam nadzieję, że kiedyś dane nam będzie tam dotrzeć.

Trasa przebiegła spokojnie. Za Oradeą byliśmy około jedenastej w nocy. Przyzwyczajeni, że dotychczas w Rumunii widzieliśmy bardzo dużo pensjonatów, nazywanych pensiunea lub cazare, to jednak zaczęliśmy się trochę obawiać, że przyjdzie nam spędzić noc w aucie, albowiem wsie i miasteczka były pozamykane na głucho, wyludnione i ciemne, co wskazywało, że albo w tej części Rumunii nie ma takiej ilości miejsc do spania, albo po prostu wszyscy już poszli spać. Na szczęście w pewnym momencie przed naszymi oczami pojawił się motel (niestety nie zapamiętałem nazwy miejscowości). Przed budynkiem rozmawiało kilka osób. Jedno młode dziewczę podeszło do nasi zapytało, czy potrzebujemy noclegu, a gdy potwierdziliśmy, zaczęła dość solidnie pukać w drzwi, jednocześnie próbując się skontaktować telefonicznie z osobą, która widocznie znajdowała się wewnątrz budynku. Okazało się zatem, że motel już był zamknięty, a stojące przed nim osoby, to prawdopodobnie jego pracownicy, którzy zamierzali właśnie wrócić do domu. Jednym słowem, udało się nam! Podejrzewam, że nam samym nie udałoby się dostać do środka. Poza wspomnianą pomocą udzieloną przez pracowników, zaskoczyło nas jeszcze jedno. Pan nie tylko grzecznie nas przyjął, pokazał pokój, ale jeszcze pomógł nam wnieść rzeczy do pokoju. Bez względu na to, co nim kierowało (być może chęć, by pójść wreszcie spać), to i tak zrobiło nam się niezwykle miło. W tym momencie muszę dodać, że były to pierwsze, ale bynajmniej nie ostatnie przykłady, jak mili byli dla nas obywatele Rumunii.

O ile udała nam się trasa, udało nam się wyspać w motelowym pokoju (było super, poza rurami, z których – po odkręceniu wody - wydobywał się mało przyjemny zapach), o tyle pogoda sprawiła nam potężnego psikusa, albowiem w nocy zaczęło padać i padało prawie do samego południa. Z powodu problemów z samochodem musieliśmy dokonać pierwszej korekty planów (m.in. wypadł z trasy Arad), deszcze pokrzyżował nam kolejne plany. Najpierw zrezygnowaliśmy z obejrzenia ruin zamku w miejscowości Şiria (kiedyś Világos). Miejsce to szczególne z dwóch powodów, po pierwsze znajdują się w nim ruiny umiejscowionego na wzgórzu solidnego zamku, o którym niewiele wiadomo, poza tym, że został zniszczony przez wojska habsburskie w XVIII wieku. Po drugie, to miejsce związane ze znaczącym dla całej Europy rokiem 1849 (czas Wiosny Ludów), bo w tym miejscu węgierski generał Artúr Görgey poddał się wojskom rosyjsko-austriackim, grzebiąc tym samym nadzieje na wyjście Węgier spod skrzydeł Habsburgów.

Wracając jednak do czasów współczesnych muszę napisać, że nie dość, że dojazd do miejscowości zajął nam kupę czasu, bo prowadziła do niego droga lokalna, a te akurat nie należą jeszcze do nadmiernie zadbanych, zatem należy szczególną uwagę przykładać do niezostawienia zawieszenia. Chociaż okoliczni mieszkańcy za nic sobie mają dbałość o podwozie i pędzą między tymi czasami naprawdę solidnymi dziurami ze sporą prędkością. Przez chwilę nawet pomyśleliśmy, że może to jest właśnie sposób na te dziury – spróbować przez nie „przelecieć”. Niestety z takim podejściem do auta trzeba się chyba urodzić, więc nie odważyliśmy się, tylko dalej raczej powoli i delikatnie Rob kluczył między raz większymi, raz mniejszymi dziurami. Oj, gdyby wiedział, co się wydarzy za kilka dni…

W każdym razie dojechaliśmy, oglądając po drodze pola z pastewną kukurydzą i z brązowo - czarnymi słonecznikami, które smętnie zwisały swe głowy ku ziemi, mijaliśmy sypiące się domy biedniejszych cyganów i przepotężne osiedla wręcz, kilkupiętrowych willi - potworków tych bogatszych. Chociaż nie pierwszy raz mieliśmy okazję widzieć ten przeogromny kontrast (bo wszak takie obrazki można zobaczyć i u nas, czy na Słowacji), to jednak za każdym razem człowiekowi nie mieści się w głowie, że obok siebie może funkcjonować jedna społeczność o tak zróżnicowanym poziomie życia.

Dojechaliśmy na miejsce, a na miejscu zobaczyliśmy… nie, nie ciemność, ale jasność, jasność, jasność skondensowaną, tak gęstą, że zakryła wszystko wokół. Mgła spowiła całe wzgórze. Podjęliśmy nawet próbę wjechania pod górę, ale było tak wąsko, tak biało, z niewielką, by nie powiedzieć zerową widocznością, że jednak podjęliśmy jedyną w tym momencie rozsądną decyzję i… zrezygnowaliśmy ze zwiedzenia zamku. Bo przecież i tak nic by nie było widać. Szkoda, ale jest powód, by jeszcze raz zajrzeć w te okolice.

Całkiem niedaleko od Şirii, w miejscowości Lipova (swego czasu stolicy Siedmiogrodu), a właściwie na jej krańcu czekały na nas ruiny kolejnego zamczyska - Şoimoş. Mimo deszczu, który znacznie ograniczał widoczność, zamek wychynął zza drzew i budynków, przyciągając nieodparcie nasz wzrok i pobudzając wyobraźnię. Usytuowany w dolinie rzeki Mureş (po naszemu: Maruszy) stał na straży handlowego szlaku. Wybudowany został w XIII wieku przez węgierskiego króla Belę IV. Niestety liczne ataki tatarskie i tureckie, ale też permanentne konflikty wewnętrzne, jakie toczyły się przez setki lat na terenach dzisiejszej Rumunii, nie oszczędziły tej ciekawej budowli.

A nas nie oszczędziła pogoda… Rob nie wytrzymał i wdrapał się na wzgórze, ja - mniej zaprawiony w takich bojach – nie zaryzykowałem poślizgnięcia się i ewentualnego uszkodzenia sobie nogi już pierwszego dnia wyjazdu. Bo wysoko może tak bardzo nie było, ale ślisko jak najbardziej. Cóż, nie zdobyłem zamku Şoimoş, ale mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja.

„Co się odwlecze, to nie uciecze” – powiada jedno z naszych ludowych mądrości. Jak się okazuje, czasami takie twierdzenia się sprawdzają. Albowiem kolejnym punktem naszego programu ten dzień była warownia w Devie, której nie udało nam się obejrzeć z powodu… deszczu. Tak, ogromne deszczysko zniechęciło nas skutecznie w ubiegłym roku do wejścia na zamek, który schowany był w ciężkich, wiszących nisko nad ziemią chmurzyskach. A tym razem chmury sobie odeszły, pozwalając nam cieszyć się widokiem samego zamku (z dołu) oraz miasta i okolic (już z góry).

Jednak w drodze do Devy trafiliśmy na dwie ciekawe budowle. Pierwsza z nich to malutki, ale bardzo interesująca cerkiew św. Michała, znajdująca się tuż przy mieście Gurasada. Klasyczny dla tego regionu, trochę kamienny (w starszej części), trochę bielony (w nowszej części z obronną wieżą) z ciemnymi, drewnianymi dachami. Cerkiew powstała prawdopodobnie w XIII wieku, stoi sobie spokojnie z okalającym ją cmentarze niczym miejsce zapomniane przez ludzi i historię. Sprawia wrażenie miejsca wyrwanego z innej przestrzeni i czasu, usytuowanego w czasach współczesnych i to przy dość ruchliwej drodze. To miejsce inne, magiczne, i właśnie dla takich kościołów, dla klimatu takich miejsc warto tu przyjechać.

Jeszcze przed Devą w miejscowości Ilia zauważyliśmy ciekawy budynek, sprawiający wrażenie renesansowego kasztelu. Chociaż już przejechaliśmy kawałek drogi, tak mocno w nas „zakrzewił się” jego wygląd, że zawróciliśmy. I to była bardzo dobra decyzja, albowiem za lekko zniszczonym płotem znajdował się Bastinul Roşu, miejsce, w którym urodził się Gábor Bethlen, książę siedmiogrodzki (stał się nim po wymarciu rodu słynnych Batorych), który przeszedł do historii głównie jako przywódca antyhabsburskiego powstania w Królestwie Węgier w latach 1619-1621. Jak wiadomo, z walki zwycięsko wyszli Habsburgowie, Bethlen zrezygnował z ubiegania się o węgierską koronę, aczkolwiek do samej śmierci próbował szukać sojuszników, którzy wsparliby go w walce z Habsburgami. Uparty typ… Jako ciekawostkę muszę tu dodać, że przez dwa bodajże lata Gabriel Bethlen był również księciem opolskim i raciborskim! Sam budynek powstał prawdopodobnie w XV wieku, był oczywiście przebudowywany, dlatego dzisiaj stanowi dość oryginalna mieszankę stylistyczną. Ale wrażenie robi.

I wreszcie dotarliśmy do Devy, nad którą góruje i króluje potężna fortyfikacja. Deva leży nad wspomnianą już Maruszą i jest stolicą okręgu Hunedoara. Zanim stała się miastem znajdowała się w niej dacka forteca, a po pokonaniu Daków, przejęli ją Rzymianie. Wspomniana forteca wybudowana została prawdopodobnie w XIII wieku i pełniła swoją funkcję do XIX wieku, kiedy to w wybuchła składowana w niej amunicja. Od tamtego czasu popadała w ruinę. Obecnie – jak wiele zamków w Rumunii - została w specyficzny sposób odnowiona i „zakonserwowana”. O tym „konserwowaniu” napiszę przy innej okazji. Z ciekawostek, dotyczących tego miejsca można dodać, że w XVI wieku, w tutejszym lochu zmarł przywódca unitarian biskup Franciszek Dávid, a w XVIII wieku, twierdza obroniła się przed jednym z licznych w historii Rumunii zrywów chłopskich (tu ścięto wiele z jeńców).

Do fortecy można dostać się używając nóg własnych lub też skorzystać z szynowej kolejki. Ponieważ czasu za wiele nie mieliśmy, a i do najsprawniejszych pod względem fizycznym osób nie należę (chociaż przed wyjazdem, w pracy ostro ćwiczyłem wchodzenie i schodzenie ze schodów) skorzystaliśmy z kolejki. I chociaż widok był cudowny, to serducho podchodziło mi do gardła proporcjonalnie do każdego metra, o jaki wznosiła się kolejka. Udając odważnego dotarłem na miejsce. A tam już mogłem podziwiać ogrom twierdzy. Jej szare, potężne mury robią ogromne wrażenie. No i widok jest przepiękny.

Po odrobieniu zaległości ubiegłorocznych, mogliśmy udać się w dalszą podróż, by zobaczyć dwa kościoły, które należą do jednych z ważniejszych „wizytówek” Rumunii. Najpierw dotarliśmy do miejscowości Strei. Klasyczna siedmiogrodzka miejscowość skrywa na lekkim wzniesieniu wyjątkową świątynię. Wyjątkową z kilku powodów. Po pierwsze wybudowana została w miejscu, gdzie znajdowała się podobno rzymska osada. Z wykorzystaniem elementów rzymskich budowli w XIII wieku wybudowano malutką, niezwykle oryginalną świątynię w stylu romańskim. To kolejna ciekawostka. Muszę dodać, że zachowały się w całkiem dobrym stanie romańskie biforia w wieży, a środek tej niewielkiej świątyni wypełniają (częściowo już niestety zniszczone) freski z XIV wieku! I na koniec ostatnia ciekawostka. Prawdopodobnie budowla powstała jako kościół katolicki, ale „od zawsze” jest wykorzystywana jako cerkiew.

Chociaż cerkiew stanowi wspomniany, jeden z najciekawszych zabytków Rumunii, dotrzeć do niego nie jest łatwo, o ile ktoś jest grzeczny i nie ma zwyczaju łapać za… zamki bram. Bowiem drogowskazy pokazują drogę do kościoła tylko do pewnego momentu, a potem nagle droga się kończy i stajemy przed drewnianą bramą. Najpierw ogarnęła nas konsternacja. No przecież jakoś się tam trzeba dostać… Ostatecznie postanowiliśmy spróbować otworzyć bramę. I okazało się, że tak należało właśnie postąpić. Przeszliśmy przez fragment podwórka/pola i po chwili ukazała nam się wyjątkowa, otoczona nagrobkami budowla, której nie da się pomylić z żadną inną. Niezwykły, wyjątkowy, kamienny budynek pokryty drewnianym gontem. Z pewnej odległości konstrukcja sprawia wrażenie, jak by było wykonana z kamieni i drewna, albowiem woda wyrzeźbiła w kamieniach całą masę żłobień, które natychmiast kojarzą się z pociętym ostrymi narzędziami drewnem. O pobycie Rzymian w tym miejscu świadczą zarówno odkryte i zabezpieczone fragmenty willi, ale też wkomponowana w ścianę kościoła tablica z nagrobka rzymskiej kobiety Aurelii Lucilli.

I tu przyszła pora na pewną, niezwiązaną z zabytkiem, ale dość istotną informację. Kiedy spacerowaliśmy wokół kościoła usłyszeliśmy nagle ludzkie głosy. Nie, nie dochodziły one z kościoła, ani grobów. Po prostu do obiektu zbliżała się jakaś para. Być może w naszym wieku, być może lekko starsza para ludzi. Najpierw pomyślałem lekko zły, że nawet w takim, wydawałoby się ustronnym miejscu nie można pobyć przez chwilę w spokoju. Ale po zwyczajowym przywitaniu się, mili państwo zapytali nas, czy chcielibyśmy zobaczyć kościół wewnątrz, to oni mogą nam w tym pomóc! Okazało się, że pochodzą z Rumunii (chyba z Bukaresztu), aczkolwiek mieszkają obecnie w Anglii. I też interesują się historią, i też pociąga ich średniowieczna architektura. Buźki nam się uśmiechnęły, a w oczekiwaniu na przyjście „pana z kluczami”, wdaliśmy się w rozmowy na interesujące nas tematy, dotyczące zarówno historii, ze szczególnym uwzględnieniem tych ziem, jak i kontaktów polsko – rumuńskich. Pan, który opiekuje się kościołem też okazał się niezwykle miły i pomocny, i dość szczegółowa opowiedział nam o znajdujących się we wnętrzu świątyni freskach, pomógł rozszyfrować tablicę z grobu rzymianki, wreszcie opowiedział nam ostatnie „przygody” związane ze świątynią. Najpierw wskazał na dach, a następnie kazał nam spojrzeć pod nogi. Okazało się, że nie tak dawno wymieniono dach kościoła. Jak to zrobiono, widać właśnie pod nogami. Jak wspomniał, poprzedni dach wytrzymał pewnie setkę, jak nie więcej lat, nowy sypie się już po kilku latach… Cóż, znamy to dobrze z własnego podwórka…

I wreszcie ostatni tego dnia obiekt, który zwiedziliśmy (tym razem tylko z zewnątrz, bo – mimo sporej ilości zwiedzających – kościół był zamknięty), to cerkiew św. Mikołaja w Densuş - kolejny budynek powstały z elementów rzymskich budowli, przy czym w tym wypadku jeszcze wyraźniej to widać. Wykorzystano bowiem, nie tylko płyty nagrobne, czy elementy ozdobne willi, ale całe wręcz kolumny i… części rzymskich rur kanalizacyjnych! Cerkiew robi wrażenie, bo ani nie przypomina cerkwi, ani żadnego kościoła tej części Europy, mnie bardziej kojarzy się trochę z (widzianą niestety tylko w książkach i internecie) architekturą… ormiańską. A tak w ogóle to stoi na miejscu mauzoleum rzymskiego dowódcy, poległego w walkach z Dakami. Oryginalna to, ciężka budowla, przed nią rozciąga się współczesny cmentarz, całość jest czysta i uporządkowana, dlatego też trochę inaczej się ją odbiera niż lekko ukryte przed światem cerkwie w Strei, czy Gurusadzie. Ale za to jej niepowtarzalny wygląd zapada w pamięci.

Po opuszczeniu Densuş udaliśmy się do miasta, w którym byliśmy już w ubiegłym roku, do Hațeg, a nawet do tego samego pensjonatu! Po zakwaterowaniu się wyruszyliśmy dziarsko do sklepu, aby uzupełnić zapasy, siedliśmy na chwilę na ciorbę (tym razem trafiła nam się zupa warzywna, a otrzymaną do zupy paprykę (dokładnie jej niewielką część) zużyłem dopiero do przygotowania wczorajszego obiadu… A potem było małe piwko (obowiązkowo Ursus, wszak nazwa zobowiązuje) i poszliśmy lulu, bo rano trzeba było wyruszyć w kolejną podróż po wyjątkowym Siedmiogrodzie.

Ray

Opis trzeciego dnia podróży już wkrótce!

51 czytań