Nawigacja

2017.07.09 - Wschód Kultury - Inne Brzmienia: Katolub Orchestra, The Ukulele Orchestra Of Great Britain

Festiwal Wschód Kultury - Inne Brzmienia, Lublin
Koncert zespołów Katolub Orchestra, The Ukulele Orchestra Of Great Britain


W drugi weekend lipca odwiedzili mnie znajomi ze Słowacji. Na ich przyjazd przygotowaliśmy poważny plan zwiedzania Warszawy, ale też pewną niespodziankę. Jeden z kolegów w trakcie krótkiego pobytu w Wielkiej Brytanii wpadł na dość oryginalny pomysł, a mianowicie postanowił nauczyć się grać na… ukelele. Jak postanowił, tak zrobił, nabył instrument i zaczął na nim grać. W ubiegłym roku pokazał nam na YouTubie kilku wykonawców, którzy według niego grają najlepiej. I oto okazało się, że dokładnie 09. lipca tego roku w ramach festiwalu „Wschód Kultury - Inne Brzmienia”, wystąpić miał jeden z najbardziej znanych zespołów grających na ukulele, czyli The Ukulele Orchestra Of Great Britain. A ponieważ mieliśmy okazję zobaczyć ich popisy w internecie, nie pozostało nic innego, jak zakupić bilety na autobus i udać się do Lublina.

O samym mieście napiszę zapewne w mojej blogowej części, która - mam nadzieję - wkrótce powstanie na stronie AMM, a tutaj chciałbym się skupić na samym koncercie. Na początku muszę wspomnieć o samym festiwalu. Jego pierwsza edycja odbyła się w 2014 roku, a głównym celem jest „prezentacja najbardziej wartościowych zjawisk muzycznych z pogranicza różnych gatunków i kultur”. Rzeczywiście, jak przyjrzeć się wykonawcom, którzy przez te lata pojawili się w Lublinie, ta rozpiętość stylistyczna była całkiem spora. Cóż, możemy tylko pozazdrościć mieszkańcom Lublina, że mają co roku możliwość oglądania i słuchania tak ciekawych wykonawców, że mogą poszerzać swoją wiedzę, otwierać umysły i uszy na różne, często wykraczające poza utarte schematy, wrażenia dźwiękowe. I to jeszcze za darmo, i to jeszcze w tak klimatycznych wnętrzach (dokładnie na dziedzińcu) lubelskiego zamko-więzienia. Oczywiście słyszałem też głosy krytyki, dotyczące umiejscowienia festiwalu w tym akurat miejscu, bo „dźwięki źle wpływają na stare mury, np. unikatowej zamkowej kaplicy”, ale też, że „w miejscu, w którym zamordowano tylu ludzi, nie należy robić tak radosnych koncertów”. Cóż, ile ludzi, tyle będzie zapewne opinii…

W niedzielne popołudnie zasiedliśmy przed sceną, by posłuchać (niestety ze sporym opóźnieniem, co bardzo nas zdenerwowało, bo przecież musieliśmy zdążyć na autobus powrotny) dość oryginalnego zespołu, będącego tak naprawdę zbiorem… kilku zespołów. Projekt przyjął nazwę Katolub Orchestra. Pierwsze słowo powstało z połączenia dwóch miast, z których pochodzą członkowie grup, czyli Katowic i Lublina. Scenę lubelską reprezentowała grupa Čači Vorba, zaś katowicką grupy: Lód 9, Hengelo, Pigeon Break. W ten sposób na scenie pojawiło się bodajże 11 osób. I muszę przyznać, że zrobili bardzo dobre wrażenie. Muzyka projektu łączy w sobie elementy muzyki południowego wschodu Europy, bo jak na moje ucho pojawiały się w niej elementy folkloru bułgarskiego, czy cygańskiego z jazzem, prog rockiem oraz elementami współczesnymi w postaci komputerowo - syntezatorowych beatów i innych dziwnych dźwięków. Proste ludowe melodie poddawane były wariacjom, przemodelowaniu, przearanżowaniu, dostawały nowego szwungu, nie tracąc przy tym nic ze swojego uroku. Instrumentaliści pokazali pełnię swoich umiejętności zarówno w kwestiach technicznych, jak i muzycznej wrażliwości. Nie mogę tu też nie napisać o wokalistach. Żywioł żeński (folkowy) reprezentowała wokalistka Čači Vorby Masza Natanson, która wydawała się być spiritus movens całego przedsięwzięcia, dyrygując wręcz całą orkiestrą i znakomicie śpiewając. I bynajmniej nie przeszkodziła jej w tym działaniu dość zaawansowana ciąża! Z kolei męską stronę wokalną (bardziej pop-rockową) reprezentował Mateusz Konieczny. Połączenie tych dwóch żywiołów (głosów, interpretacji) tworzyło perfekcyjną, niezwykle oryginalną mieszankę. Projekt powstał specjalnie na ten festiwal, ale jestem pewien, że licznie zgromadzona publiczność z wielką ochotą przyjęłaby informację, że ten koncert nie tylko nie zakończy współpracy, ale może też zaowocuje (co dość zdecydowanie sugerował prowadzący koncert) jakimiś nagraniami. Ja w pełni popieram tę inicjatywę.

Po piętnastominutowej przerwie na scenę wkroczyły dwie damy i kilku dżentelmenów dzierżący w dłoniach „miniaturowe gitary”. I się zaczęło! Bo koncert The Ukulele Orchestra of Great Britain to prawdziwy szoł przez duże „sz”. To, co artyści wyprawiają na swoich instrumentach, w połączeniu ze znakomitym śpiewem oraz licznymi żartami powoduje, że słucha się i ogląda ich koncertu z ustami rozciągniętymi od ucha do ucha. Żadne słowa nie oddadzą tego, co się widzi i słyszy. Pozostaje mi tylko odesłać potencjalnych czytelników do YT, gdzie można zobaczyć fragmenty nagrań zespołu. To po prostu brytyjski humor w najlepszej postaci. Zespół zagrał i zaśpiewał sporo znanych i mniej znanych nam utworów, od rock’n’rolla, bluesa, country po hard rocka. Tak, tak. Bo śpiewają piosenki Talking Heads („Psycho Killer”), Joni Mitchell (rewelacyjne wykonanie „A Case Of You”) i Steppenwolf (Born To Be Wild), Kraftwerk („The Model”) i AC/DC („Highway To Hell”).

A wszystko zrobione znakomicie pod każdym, każdziusieńskim względem. Bo muzycy na dodatek - oczywiście z poważnymi minami – wygłupiają się na scenie, strojąc miny, grając w pięć osób na jednym instrumencie (przypominam: na ukulele!), czy oferując „zdjęcie samochodu brata” jednego z muzyków osobie tańczącej pod sceną. Klasa, perfekcja, dystans! Po prostu czapki z głów! Niby wiedziałem, czego można się spodziewać po Brytyjczykach (wszak na scenie są już 32 lata, a jak wspomniałem - oglądałem ich w internecie), ale zobaczenie tego występu na żywo i tak mnie zaskoczyło i sprawiło bardzo wiele radości.

Jak to się w życiu ciekawie dzieje. Gdyby nie wizyta kolegi, pewnie bym nawet nie wiedział, że w Lublinie odbywa się taki ciekawy festiwal. A tak, nie tylko wiem, że działa, ale miałem okazję zobaczyć na własne oczy, jak jest zorganizowany i nacieszyć uszy znakomitą muzyką.

Ray

319 czytań