Nawigacja

2017.06.08 - Juliusz Cezar - RSC/Multikino

Pomysł z transmisjami w Multikinie przedstawień teatralnych, granych w brytyjskich teatrach – przyznaję – jest jednym z najlepszych pomysłów, jakie wymyślono. Normalny zjadacz chleba nie ma wszak szans, by pojechać do Anglii i zobaczyć takie przedstawienie na żywo, zatem taka forma jest ze wszech miar cenna. Szkoda tylko, że ceny biletów są takie zabójcze. Tym niemniej, od czasu do czasu odkładamy ciężko wypracowane grosze, żeby zobaczyć jakieś przedstawienie.

W ostatni czwartek zdecydowaliśmy się pójść na szekspirowskiego „Juliusza Cezara”, granego przez Royal Shakespeare Company w samym Stratfordzie. Spodziewałem się, a prawdę mówiąc, życzyłem sobie, aby przedstawienie było jak najbardziej klasyczne. Aby nie przenoszono sztuki w inny wymiar i inną przestrzeń, nie zamieniano płci Cezara, ani nie dokonywano żadnych innych przeróbek. Chciałem klasyki, klasycznej klasyki, klasycznie zagranej. I… dostałem ją. Dostałem spektakl, jakiego chciałem, do bólu tradycyjny, niezwykle ubogi pod względem scenografii i z ubiorami nawiązującymi do tych z rzymskich czasów. Ale dzięki temu można było skupić się na treści, można było skupić się grze aktorów, można było prawdziwie przeżywać dramat.

Nie wiem na czym polega fenomen gry przez brytyjskich aktorów, ale grają zawsze inaczej niż inni. Są po prostu inni. Z jednej strony dobrze widać, że grają, a jednocześnie powodują, że właściwie od pierwszych słów, gestów dajemy się wciągnąć w prezentowane przez nich historie. Wierzymy w postacie, wierzymy w grane zdarzenia. I jeszcze nie tylko delektujemy się słowami, sposobem ich wypowiadania (nawet jeśli nie rozumiemy tekstu), ale też mimiką, gestami. To wszystko na brytyjskich scenach współgra ze sobą w absolutnych stu procentach.

Żeby ułatwić nam odbiór sztuki (wszak nie każdy zna angielski, że już o znajomości szekspirowskiego angielskiego nie wspomnę), organizatorzy przygotowują listę dialogową. I tutaj pojawił się właściwie jedyny zgrzyt. Bo owa lista zrobiona została wyjątkowo niechlujnie. Pojawiła się cała masa błędów i to błędów wszelakiego autoramentu. Mnie bardzo rozbawił zwłaszcza jeden, w którym dzięki literówce „matki opłakiwały swoje dziadki”. A takich błędów było od groma. Szkoda to wielka, bo jednak taka bylejakość wpłynęła na całościowy odbiór sztuki.

A sam „Juliusz Cezar”? Cóż, kto nie zna, winien poznać. Kto zna, powinien wracać do tej sztuki. Ci, którzy rządzą lub zamierzają to robić, powinni ją oglądać jako lekturę obowiązkową. Kto wie, może im przejdzie rządzenie, a przynajmniej inaczej spojrzą na siebie i innych. Bo to sztuka o władzy, o żądzy władzy, o potrzebie zdobycia władzy, utrzymania władzy. To sztuka o manipulacji, o zdobywaniu dusz i ciał ludzi, którzy bezrefleksyjnie ulegają tym, którzy potrafią zgrabnymi słowami przekonać ich do swoich racji. To wreszcie sztuka o tym, że życie ideami i dla idei jest w sumie… bez sensu. Świat i tak zrobi wszystko, by nam wybić je z głowy, a jeśli będziemy chcieli przy nich trwać, musimy mieć odwagę, by razem z nimi i dla nich odejść. „Juliusz Cezar” jest sztuką, w której mężczyźni walczą o „utrzymanie” swojej męskości, a kobiety są tak na dobrą sprawę jedynymi głosami rozsądku.

I wreszcie sprawa chyba najważniejsza, a mianowicie pytanie: czy w celu realizacji idei wolności (która przecież też może być różnie interpretowana), można popełnić zabójstwo? Czy wolność i demokracja zdobyta po trupach jest jeszcze wolnością i demokracją? Myślę, że jeszcze kilka innych pytań można by postawić po obejrzeniu tej sztuki. Ale i te już wystarczą na długie wieczory rozmyslań. Zwłaszsza, że odniesień do współczesnej rzeczywistości też można wskazać bez liku!

Aktorsko było cudownie, Cezar był w wykonaniu Andrew Woodalla był dostojny, zdecydowany, ale jeszcze bardziej ludzki niż boski, Brutus Alexa Waldmanna niezwykle przekonujący, ale największe wrażenie robił Kasjusz, w którego rolę wcielił się znakomity Martin Hutson.

Na koniec napiszę o jednym tylko głupim skojarzeniu, które jednak spowodowało, że nie popadłem w całkowitą depresję. Pod koniec sztuki, kilku jej bohaterów w dość widowiskowy sposób pozbawia się życia. W tym momencie, zupełnie nieoczekiwanie stanęła mi przed oczami scena z „Żywota Briana”, w której pojawia się grupa samurajów – samobójców. Skojarzenie to trochę wyrwało mnie ze stanu poważnego przygnębienia, w jaki popadałem wraz z każdą kolejną sceną dramatu.

Ray

Reż. Angus Jackson, The Royal Shakespeare Company, 2017
Grają: Marek Antoniusz – James Corrigan, Kasjusz – Martin Hutson, Kaska – Tom McCall, Portia – Hannah Morrish, Brutus – Alex Waldmann, Juliusz Cezar – Andrew Woodall, Kalfurnia – Kristin Atherton

Multikino, Złote Tarasy/ Warszawa

132 czytań