Nawigacja

2017.05.06 - "Dzieła wszystkie Szekspira" - Scena Współczesna

Przed paru laty wybraliśmy się na przedstawienie teatru Scena Współczesna, które miało miejsce w Domu Kultury na Jezuickiej. Zatytułowane było „Krótka historia świata – w skróconej wersji”. Relacja z tego przedstawienia znajduje się pod tym linkiem.

Już wtedy postanowiliśmy, że pójdziemy na inne, prezentowane przez ten teatr przedstawienie, zatytułowane „Dzieła wszystkie Szekspira (w nieco skróconej wersji)”. Minęło jednak kilka lat, zanim ponownie mieliśmy szansę spotkać się z aktorami SC, albowiem postanowiliśmy najpierw pokazać naszym chłopakom część dzieł Szekspira, granych akurat w warszawskich teatrach. Bo przecież, żeby śmiać się z pastiszy, wypada najpierw znać oryginały. Obejrzeliśmy kilka przedstawień, przeczytaliśmy kilka dramatów (bawiliśmy się nawet w wyszukiwanie różnic w tłumaczeniach), mogliśmy zatem z dobrze odrobioną pracą domową udać się na ten specyficzny spektakl. Albowiem znawcy teatru mogą zapewne mieć wobec niego sporo zastrzeżeń. W tym jedno podstawowe, czy to jeszcze teatr, czy już tylko kabaret?

Ja akurat lubię się „przestawiać”. Jeśli idę do poważnego teatru, chcę poważnego przedstawienia, jeśli idę do opery, chcę tej specyfiki, którą może mi dać tylko opera, jeśli idę na przedstawienie, która ma wywołać nawet nie tyle śmiech, ile wręcz rechot, to nastawiam się na takie właśnie rechotanie, nie szukam wtedy delikatności i wysublimowanego humoru, chcę się pośmiać z wygłupów, chcę się pośmiać bez udawania, że mnie pewne rzeczy nie śmieszą, chcę się pośmiać z często bardzo prostych, rubasznych dowcipów. Bo jak nie samym chlebem człowiek żyje, tak i nie może zajmować się tylko i wyłącznie poważnymi sprawami, szukać tylko i wyłącznie przeintelektualizowanych książek, filmów, czy sztuk teatralnych. Czasami trzeba zejść na ziemię, przypomnieć sobie, że nasze życie to nie tylko idee, ale też zwykłe, proste czynności fizjologiczne. Ktoś może powiedzieć: tak, to prawda, tylko czy musimy o takich rzeczach pisać lub grać w teatrze. Może wyjdzie tu moja prosta natura, ale uważam, że czasami trzeba takiego zejścia do ludu, zbratania się z parobkiem, trzeba pośmiać się z naszych ludzkich przywar, niedoskonałości, których chadzając na koturnach lub z głową w chmurach, często nie zauważamy.

Trzej aktorzy Sceny Współczesnej: Jarosław Domin, Łukasz Matecki i Dariusz Sikorski odegrali amerykańską sztukę (adaptowaną i reżyserowaną przez Włodzimierza Kaczkowskiego) po prostu doskonale. Oczywiście nie zagrali wszystkich, prawdę mówiąc nie zagrali nawet drobnej części dzieł Szekspira (wszystkie komedie ujęte zostały w jednym skeczu), to jednak te sztuki, które autorzy wzięli na warsztat zrobili naprawdę ciekawie, punktując najważniejsze elementy dramatów, prezentując je w różnych formach (w ten sposób pośrednio wyśmiali też tendencje do przenoszenia dramatów Szekspira w inne czasy i miejsca). A że wiele scenek i dialogów operowało najprostszymi schematami, że stale odwoływano się do spraw seksu, że liczne skojarzenia były jednoznaczne to wcale nie umniejsza wartości tego przedstawienia. Z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze może zachęcić tych, którzy dzięki temu przedstawieniu pierwszy raz zetknęli się z Szekspirem, by sięgnęli po jego dzieła. Kto wie, może zechcą rozwinąć skrzydła, poszerzyć swą wiedzę. A po drugie – jak już napisałem wyżej - jeśli chcemy oderwać się od powagi życia, musimy czasem pozwolić sobie na prostotę, na naprawdę dobrą, rubaszną zabawę.

Spektakl jest rodzajem teatru interaktywnego, w którym aktorzy stale rozmawiają z publicznością, wciągają ją do zabawy. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest proste w naszym społeczeństwie, w którym wszystko musi być „na poważnie”, w którym sztywność jest na porządku dziennym i nikt nie chce robić z siebie błazna. Dlatego takie zmuszenie nas do popuszczenia hamulców jest jak najbardziej wskazane. Bo pozwala zrzucić zbroję powagi, wyluzować się, a z czasem być może wpłynie na zmianę naszego postępowania. To zatem też rodzaj działania terapeutycznego. Oczywiście nie na wszystkich wpłynie korzystnie, niektórzy uznają to za bzdurę i głupotę, inni „zetną się” w sobie jeszcze bardziej. Ale mam nadzieję, że wielu, jak mnie (w sumie wcale nie odbiegającemu od podanego wyżej stereotypu, sztywnemu do granic człowiekowi), takie oderwanie się, wyluzowanie bardzo by się przydało.

A pomijając już wszystkie inne kwestie, muszę wrócić do samego Szekspira, którego naprawdę zaprezentowano całkiem fajnie. Byli dość obleśni Julia i Romeo, był rapowany Otello, wrzucony pod Tatry (może trochę zbyt okrojony) Makbet, był wreszcie (grany kilkakrotnie, za każdym razem szybciej) Hamlet. I co najciekawsze, nawet tak podany, w sposób prosty (czasem wręcz prostacki), rubaszny, Szekspir wciąż przemawia. Mimo tego całego śmiechu, idee zawarte w tych dramatach w jakiś niesamowity sposób docierają głębiej. I zostają. Bo po tym, jak już zapomnimy wszystkie dowcipy, stroje i miny, to właśnie to, co najważniejsze: treść i wymowa dramatów Szekspira zostają. Potem już tylko od nas zależy, czy zechcemy je utrwalić czytając te dramaty lub idąc na przedstawienie oryginalnych wersji do któregoś z teatrów.

Ray

Adam Long, Daniel Singer, Jess Winfield - Dzieła wszystkie Szekspira (w nieco skróconej wersji)
Adaptacja, tłum., reż. Włodzimierz Kaczkowski
Scena Współczesna, Warszawa

49 czytań