Nawigacja

Ostatnie artykuły































INSTYTUT SŁOWACKI/ WARSZAWA

Rudeboy/ Bielsko-Biała


- 02.06.2017 - Backfliping Dog, Six-Score
- 03.06.2017 - Rap&Roll Festival
- 05.06.2017 - Moka Only
- 09.06.2017 - Shvpes
- 10.06.2017 - Helroth, Radogost, Runika, River of Time
- 12.06.2017 - Void Inn, Skandal
- 16.06.2017 - Pro8l3m, Włodi
- 19.06.2017 - Sepultura
- 22.06.2017 - Afu-Ra
- 23.06.2017 - BB Froggers, Paranoica, Borderline, Demeted
- 30.06.2017 - Booze & Glory




- 01.07.2017 - Nuclear, Conflicted, Nuclear Holocaust, Consumer

- 22.07.2017 - Walk + Czad Party

- 28.07.2017 - Animus Mortis

- 29.07.2017 - Skapearda & Kompromitacja

Nawigacja

2017.04.08 - Secret Session, Clube de Esquiar - British Rock Stars, Bratysława

SECRET SESSION, Clude de Esquiar, British Rock Stars, Bratysława

Przed paroma tygodniami dostałem od znajomego maila tej, mniej więcej, treści: „Jak byś przypadkiem był ósmego kwietnia w Bratysławie, to zapraszam na koncert.” Dowcipniś, pomyślałem. W Bratysławie owszem byłem, ale chyba z dwa lata temu, zatem prawdopodobieństwo mojej obecności (tym bardziej przypadkowej) w tym mieści raczej nie wchodziło w grę. Z drugiej zaś strony, taka propozycja, połączona z dodatkowo oferowanym „wiktem z opierunkiem” już zmusiła mnie do poważniejszego zastanowienia się nad tą propozycją. Kiedy wreszcie (a to już rzeczywiście był przypadek) okazało się, że znajoma ma bilet do tego miasta na szóstego kwietnia, a akurat zmieniły się jej plany i nie może wyjechać, decyzja o wizycie w tym mieście podjęła się właściwie sama.

Po jedenastu godzinach spędzonych w busie nie pałałem największą energią, ale sam fakt, że mogłem odwiedzić miasto, które bardzo lubię, że mogłem znów zobaczyć się z Brankiem i „dać sobie piwko”, a wreszcie zobaczyć na żywo, rekomendowany przez niego zespół, zmęczenie zniknęło, a zaczęło się czekanie (urozmaicone zwiedzaniem galerii i wspomnianymi piwkami w Vanesie) na sobotni koncert.

Cała impreza odbywała się w klubie British Rock Stars, znajdującym się prawie w samym środku starego miasta. I już ten fakt dodawał uroku całemu wydarzeniu, bo było blisko, bo było klimatycznie. Sam klub jest podzielony na kilka sektorów, można zatem siedzieć na górze (czyli ciut wyżej ponad parterem) lub zejść do piwnicy, gdzie też jest podział na salę do siedzenia i delektowania się piwem, oraz oddzielną, w sumie niewielką salkę, w której znajduje się scena. Klub sprawia wrażenie bardzo nowego, jest w nim czysto i naprawdę bardzo miło. Do tego oferuje piwo bodajże po 1,5 euro. Tak, lane piwo w centrum miasta kosztuje około sześciu złotych. Natychmiast przestałem się dziwić temu, że Słowacy raczej chodzą do knajpek, niż kupują piwo w sklepach i piją je samotnie w domach…

Nie w każdej relacji opisywałem kluby, bo nie wszystkie na to zasługiwały, w tym wypadku chciałbym go polecić kapelom, które lubią miłą, przyjazną atmosferę, bliski kontakt z publicznością. Nie wiem, ile kosztuje wynajęcie sceny, ale mam nadzieję, że ceny nie są zaporowe, i że polskie zespoły też będą mogły tam zagrać. Ja nie ukrywam, że gdyby tylko Warszawa było trochę bliżej Bratysławy, stałbym się stałym klientem tego miejsca.

Rozpisałem się o podróży i klubie, czas zatem przejść do meritum. Do zespołów, które w ramach imprezy nazwanej Psychedelic Easter 2, uprzyjemniły nam ten sobotni wieczór. Jako pierwsi na scenie pojawili się dwaj bracia Juraj i Jakub Havlíkovci, tworzący duet CLUBE DE ESQUIAR. Wykonywana przez nich muzyka w pełni pasuje do nazwy samej imprezy. Psychodelia, z elementami ambientu, prog rocka, nawet jazzu nie jest muzyką dla wszystkich, ale wszak w tym klubie znaleźli się tylko ci, którzy potrafią się poddać specyficznej, momentami dość monotonnej, ale bardzo transowej muzyce. Kiedy jednak się jej poddamy, nawet bez jakichkolwiek środków wzmacniających, to rzeczywiście można wpaść w specyficzny trans. Mimo pewnych niedociągnięć - wokalista/ gitarzysta zresztą potwierdził, że rzadko ostatnio ma okazję ćwiczyć z bratem, ponieważ mieszkają/ uczą się w różnych miastach - to grana przez nich muzyka bardzo mnie urzekła. Spore znaczenie w takim akurat odbiorze ich muzyki na pewno miał fakt, że… przed wielu, wielu laty, kiedy sam też byłem studentem grałem podobną muzykę, w dokładnie takim samym składzie instrumentalno – osobowym. Przyznaję, że łza mi się oku zakręciła, gdy patrzyłem i słuchałem tych młodych chłopców i przypomniałem sobie siebie samego siedzącego za perkusją oraz Miłosza Biedrzyckiego w roli gitarzysty i wokalisty. Śpiewał, melorecytował lub po prostu wykrzykiwał wtedy tworzone czasami ad hoc teksty, z których część – kto wie, może z czasem stała się podstawą jego późniejszych, brulionowych (i nie tylko) wierszy. Nie widziałem Miłosza od lat, zatem jeśli przypadkiem trafi na ten tekst, bardzo serdecznie go pozdrawiam.

Specyficzna muzyka duetu, mimo niewielkiej dozy energii, za to z wyjątkowym klimatem, nie tylko nie uśpiła zgromadzonej publiczności, a wręcz przeciwnie, zaostrzyła apetyt na gwiazdę wieczoru. SECRET SESSION to grupa, która swoją muzyką wraca do stylistyki lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Z otrzymanych od Branka informacji wiedziałem, że zespół grywa bardzo dużo coverów, przy czym nie skupia się na jak najwierniejszym ich odegraniu, ale nadaje im własnego sznytu, nadaje im własnego charakteru, nie niszcząc ich bynajmniej poprzez uwspółcześnianie na siłę, czy nadmierne kombinowanie. To zespół, w którym grają prawdziwi muzycy, którzy grają to, co grają w sposób, w jaki grają, bo mają tę muzykę w sobie. Oni z nią żyją, ona z nich wypływa i poraża słuchającą zespołu publiczność. Nie ma w tym udawania, pozerstwa, odgrywania jakiejś roli. Żadne słowa nie oddadzą lepiej tego, co robi ta grupa, niż słynny słowny wstęp, którym swoje koncerty rozpoczynał nieodżałowany Lemmy – „Nazywamy się Motorhead i gramy rock and rolla”. Tyle wystarczyło, potem był rock and roll. I była miazga! Secret Session gra trochę inny rodzaj muzyki (aczkolwiek elementów hard rocka jest w niej sporo), ale z czystym sumieniem mógłby zaczynać koncerty dokładnie tymi samymi słowami: „Nazywamy się Secret Session i gramy rock and rolla”. I po obejrzanym koncercie z pełną odpowiedzialnością mogę dodać: „Była miazga!”.

Nie wiem, na ile udało się Brankowi wpłynąć na zespół, by popracował nad setlistą, ale muszę przyznać, że grupa zrobiła mi tę przyjemność (a bardzo o to prosiłem) i zagrała nie tylko swoje sztandarowe kawałki, czyli covery różnych znanych utworów, którymi podbiła już słowacką publiczność, ale skupiła się na zagraniu utworów własnych. Tak, bardzo mi zależało na tym, żeby usłyszeć nie tylko, jak grają, ale dowiedzieć się, czy są w stanie tworzyć własną muzykę, która utrzyma poziom tych utworów, które ze znakomitym skutkiem coverują (straszne to spolszczenie, ale na razie nie znalazłem polskiego odpowiednika, który by tak dobrze zastąpił to angielskie słowo). I zespół spełnił moje życzenie, i za to jestem mu niezwykle wdzięczny, bo teraz z wielką radością mogę ogłosić wszem i wobec, że rośnie nam, fanom dobrej muzyki znakomity wykonawca, który potrafi perfekcyjnie oddać ducha muzyki przełomu lat 60.-70. XX wieku, ale nadać jej jednocześnie nowoczesnego kształtu. W ten sposób trafi ona w gust miłośników tamtych brzmień, tamtego stylu, a jednocześnie może odkryć nowe przestrzenie przed tymi, którzy z pewnym dystansem podchodzili do tej „starszej” muzyki.

Piątka fantastycznych pod względem umiejętności technicznych, luzu, wyglądu (to też ma wszak znaczenie) muzyków zapodała nam zestaw naprawdę ze wszech miar znakomitych kompozycji, znakomicie wykonanych, a do tego potrafiła do zabawy włączyć calusieńką publiczność. Pomijam fakt, że trudno przy takiej muzyce usiedzieć spokojnie, to jeszcze zespół bardzo skutecznie zachęcał do zabawy, tańczenia, śpiewania, a nawet rozdał różne instrumenty perkusyjne, żeby publiczność mogła włączyć się do wspólnej gry. Prosty trick, a jak znakomity!

Ponieważ otrzymałem setlistę, pozwolę sobie ją przytoczyć. Początek był niezwykle mocny, jak mocny jest wielki hit Joe Cockera „With a little help from my friends”, znakomicie, z werwą, z niesamowitą energią, ale też wręcz hard rockową mocą zagrany przez Secret Session. Po takim wstępie rusza się w człowieku wszystko, ciśnienie się podnosi, pewna, tylna część ciała natychmiast opuszcza punkt podparcia, a całe ciało wpada w trans, z którego – wiem z doświadczenia – nie wyjdzie do samiutkiego końca koncertu. Po mocnym wstępie, nastąpiło równie mocne rozwinięcie – bluesujący, rewelacyjny protest song „Ohio” z repertuaru słynnej supergrupy Crosby, Stills, Nash, Young, wzbogacony o popisy instrumentalne słowackich muzyków. No właśnie, muszę wspomnieć, że zespół niemal każdy utwór urozmaica olbrzymią ilością solówek, czasem odgrywanych z „powagą”, innym razem w formie zabawowej. Tak, czy inaczej, za każdym razem są znakomite. I jeszcze jedna uwaga. Z powodów osobistych w koncercie nie mógł uczestniczyć gitarzysta zespołu, w związku z powyższym z Brna ściągnięty został znajomy zespołu Daniel Kéry, który w ciągu trzech bodajże dni nauczył się wszystkich utworów i bez większych problemów dopasował się do pozostałych muzyków. A przecież nie były to utwory łatwe, czego kolejnym przykładem był niezwykły, klimatyczny blues Neila Younga „Cortez the Killer”, zagrany w rewelacyjny sposób przez Secret Session. Prawdziwa bomba klimatyczno-atmosferyczna!

Po trzech numerach wprowadzających przyszła pora na prezentację własnego dorobku. I cóż mogę napisać. Absolutne zero różnicy w stosunku do wcześniejszych numerów. Nie widzę lepszego komplementu. Po prostu grupa wie, jak robić dobre pod każdym względem numery, z jednej strony wpadające w ucho, z drugiej niepozbawione lekkiej mgiełki psychodelii, za to przepełnione trudnymi elementami technicznymi, a nade wszystko tworzące niesamowitą aurę. To już nie był tylko koncert, to rodzaj misterium, któremu poddaliśmy wszyscy, bez wyjątku. Zespół zagrał poniższe kompozycje: świetny prog rockowy „Salt of the earth”, następnie „Saviour self”, „Same old way”, poruszający, lekko AORowy, rozbudowany „Closer”, jeden z potencjalnych wielkich przebojów grupy - „Keys”, a wreszcie „You can(‘t) be my home”. Przyznaję, że popełniłem jeden bardzo poważny błąd dziennikarski. Nie notowałem tych numerów, nie zapisywałem sobie, który był szybki, który wolny, który zadziorny, a który melancholijny, po prostu pozwoliłem się nieść muzyce, radowałem się nią z równą siłą, jak inni słuchający i sam zespół. Stąd nie jestem w stanie opisać wszystkich utworów dokładnie, ale zaręczam, że żaden nie odbiegał od określonego, wysokiego poziomu, każdy był poruszający, w każdym z nich każdy z muzyków mógł ukazać pełnię swoich umiejętności. Mam nadzieję, że niedługo grupa zarejestruje te utwory i będę mógł już na spokojnie słuchać ich, cieszyć się nimi i „rozkładać na czynniki pierwsze”. Na koncercie nie było na to czasu, ani nie miałem na to ochoty.

Po serii utworów własnych znów przyszła pora na trzy covery. Najpierw świetny „Love The One You’re With” – jedna z najbardziej znanych kompozycji Stephena Stillsa, później niezwykle oryginalnie wykonany i zaśpiewany (pierwszą, wolną część śpiewała Belinda, drugą tę ostrzejszą, bliższą wersji oryginalnej – Pa(b)lo) utwór „Crossroads” zespołu Cream. W wykonaniu Secret Session to prawdziwy hit koncertowy! Zespół zaskoczył mnie nie tylko samym rewelacyjnym wykonaniem, stworzeniem z tego numeru tak znakomitej, rozbudowanej kompozycji, ale na dodatek zadedykował ten numer… mojej własnej osobie. Powiedzenie, że przeżyłem szok w żadnym stopniu nie odda wrażenia, jakiego byłem świadkiem! Na szczęście zespół szybko przeszedł do kolejnej i znów rewelacyjnie wykonanej kompozycji Neila Younga „Down By The River”, którą – niestety - zakończył cały koncert.

Chociaż minęły od tego koncertu już równe dwa tygodnie, wciąż nim żyję, wciąż nie mogę zapomnieć tej niesamowitej atmosfery, wciąż w uszach brzmią mi utwory, które w tak znakomity, niepowtarzalny sposób zagrał Secret Session. Takie koncerty udowadniają, że na żywo muzykę przeżywa się inaczej, przypominają, że żadna, najlepiej nawet nagrana płyta nie odda tej niesamowitej atmosfery, nie wzbudzi takich emocji. A jeszcze trzeba dodać, że nad stworzeniem wyjątkowej atmosfery koncertu pracowała, będąca specyficznym, a niezwykle ważnym, szóstym członkiem zespołu Iva Macková, która posługując się projektorem oraz całą masą płynów, siatek i różnych innych ingrediencji tworzyła na ścianie i zawieszonej nad zespołem tkaninie niepowtarzalne obrazy. Tym samym koncert przeobraził się w rodzaj performance’u.

Pozwolę sobie zatem wymienić z imienia i nazwiska sprawców tego wydarzenia: Na perkusji (ale też wspomaga grupę wokalnie) gra Maťo Šalko, na klawiszach Peťo Mojžišik, który podczas tego koncertu „ogrywał” świeżo zakupiony instrument, na gitarze zagrał wspomniany już „brneński muzyk”. Oczy wszystkich obecnych (zwłaszcza tych mniej pięknej płci) przyciągała basistka – wokalista Belinda Rašnerova, która zachwycała urodą, przecudnym uśmiechem, ale też świetnym śpiewem i grą na ogromnym w stosunku do jej ciała basie. Prawdziwą przyjemność sprawiało słuchanie i oglądanie tej bardzo młodej jeszcze artystki. I wreszcie spirytus movens całego tego zamieszania – wokalista i gitarzysta, niezwykle charyzmatyczny, prawdziwy frontman, który do ruszenia zmusiłby pewnie najbardziej ospałego osobnika, a przy tym utalentowany muzyk, kompozytor, gitarzysta i wokalista. Mam nadzieję, że ta szóstka młodych ludzi dalej będzie tworzyć swoją znakomitą muzykę, dalej będzie grać tak znakomite pod względem słuchowo – wizualnym koncerty

Na zakończenie tej wyjątkowo długiej jak na mnie relacji, chciałbym gorąco podziękować Brankowi za zaproszenie, za spacery po Bratysławie (z piwkiem) oraz jego mamie za ciepłe przyjęcie mnie pod swój dach oraz uraczenie wyjątkowymi słowackimi daniami. Korzystając z okazji chciałbym też życzyć Markowi dalszych sukcesów w kształtowaniu swojego ciała, Teresce wytrwałości w rysowaniu, Tomašovi samych inteligentnych studentów, a zespołowi jak największej ilości koncertów!

Mam nadzieję, że będzie mi dane jeszcze spotkać się z wami wszystkimi!

Ray

Foto: Michal Lachkovič

164 czytań