Nawigacja

"Brzezina" - reż. A.Wajda

Już dziesiątki lat upłynęły od czasu, kiedy jako młody chłopak obejrzałem ten film. Niewiele pamiętam, podejrzewam, że jednak nie wywołał we mnie poważniejszych emocji, a jedyne, co mogło mnie zainteresować, to oczywiście Malina… Zapewne podobnie, parę dni temu podeszli do tego filmu moi synowie, z którymi jeden ze świątecznych wieczorów spędziliśmy na oglądaniu tego właśnie dzieła Jarosława Iwaszkiewicza, sfilmowanego przez Andrzeja Wajdę.

Ponieważ teraz jestem już osobą zdecydowanie starszą, bardziej doświadczoną, a do tego od dłuższego już czasu nie mogą pozbyć się fascynacji prozą Iwaszkiewicza, a na domiar cenię sobie niezwykle umiejętność przenoszenia tej prozy na taśmę filmową przez Andrzeja Wajdę, obejrzałem ten film z wielką ochotą, ale też wzruszeniem.

Eros i Tanatos, miłość i śmierć to dwa najważniejsze bóstwa naszego życia, dwa najważniejsze doznania, które towarzyszą ludzkości od zawsze i towarzyszyć będę, dopóki żyć będziemy na tym świecie. One stanowią o naszym życiu, one są też niezmienną pożywką dla pisarzy i poetów. Nie inaczej było w przypadku Jarosława Iwaszkiewicza. Te dwa elementy stale gościły w jego prozie, z „Brzeziną” włącznie.

Przypomnę krótko treść opowiadania/filmu. Na wieś, do domu, którym zawiaduje leśniczy Bolesław (Daniel Olbrychski), przybywa ze Szwajcarii jego brat – Stanisław (Olgierd Łukaszewicz). Nie przybywa jednakże tylko po to, by odwiedzić brata, ale by tu umrzeć. Stanisław spodziewa się wkrótce nawrotu choroby (gruźlicy), z której nie uda mu się już wyleczyć. Nie popada jednak w przygnębienie, a wręcz przeciwnie, stara się wykorzystać pozostały mu czas na… życie – na grę na fortepianie, na cieszenie się z piękna przyrody oraz… krągłości pracującej w obejściu Maliny.

Bolesławowi nie jest do śmiechu, albowiem przed rokiem pochował żonę, a teraz musi samotnie wychowywać córkę. Wtargnięcie Stanisława, gwałtowne pojawienie się radości i młodości, muzyki i seksu przyprawia go o złość. Bo on nie umie się odnaleźć po śmierci żony, nie potrafi cieszyć się życiem, nie potrafi też, jak Stanisław „skorzystać” z obecności i… raczej otwartości na doznania Maliny. Wszystkie próby kończą się równie szybko, jak się zaczynają. Na domiar złego, Bolesław dowiaduje się przypadkiem, że jego żona to taka święta też raczej nie była…

Andrzej Wajda potrafi opowiadać Iwaszkiewicza, potrafi nadać jego prozie specyficznego wymiaru, potrafi przekazać to, co na zewnątrz (w fabule), ale i to, co kryje się pod spodem tekstu. Potrafi pokazać piękno polskiej przyrody i piękno ludzkiego ciała (Emilia Krakowska znów w popisowej roli!). Potrafi pokazać piękno naszego życia, potrzebę miłości, naturalność seksu. I wreszcie pokazać „normalność” śmierci, oswoić ją.

Pokazał to wszystko, co dotyczy nas, ale - znając życie Iwaszkiewicza – pokazał też pełnię doznań autora „Brzeziny”, jego stałą miłość do żony i córek, jego potrzebę miłości innych ludzi (w tym oczywiście potrzebę miłości czysto fizycznej), wreszcie śmierć ukochanej osoby (Błeszyński).

Może i ciut nachalnie, ale przez to bardzo wyraziście, dobitnie, pokazał Wajda ową łączność miłości i śmierci, przenosząc obraz Jacka Malczewskiego na rzeczywistość, gdy ukazał wypełnioną siłami witalnymi, emanującą seksem Malinę trzymającą kosę dokładnie w ten sam sposób, jak zostało to uwidocznione na wspomnianym obrazie. Proste, ale mocne. A jeszcze muszę dodać, że niesamowitym obrazom Edwarda Kłosińskiego i Zygmunta Samosiuka towarzyszy znakomita muzyka Andrzeja Korzyńskiego.

Zdaję sobie sprawę, że moje uwielbienie dla prozy Iwaszkiewicza oraz twórczości Wajdy przykrywa pewne niedociągnięcia filmu, kilka zbędnych sztuczności, ale staram się ich nie zauważać, a tylko przeżywać to, co na ekranie w połączeniu z tym, co wiem o życiu Iwaszkiewicza. Dlatego cenię sobie ten film wielce.

Ray

Brzezina, reż. Andrzej Wajda, Polska, 1970
Występują: Olgierd Łukaszewicz, Daniel Olbrychski, Emilia Krakowska, Marek Perepeczko, Elżbieta Żołek
Muzyka: Andrzej Korzyński

210 czytań