Nawigacja

2017.02.14 - Sasha Strunin - Studio Koncertowe im.W.Lutosławskiego/ Warszawa

SASHA STRUNIN - 14.02.2017, Studio Koncertowe im.W.Lutosławskiego, Warszawa

Piękna muzyka, piękna kobieta na scenie, piękny wieczór (chociaż lutowy), piękne święto (Walentynki). Czyż może być coś przyjemniejszego?!

Taki właśnie prezent wszystkim zakochanym, zarówno tym w sobie nawzajem, jak i tym zakochanym w wyjątkowej muzyce zafundowali organizatorzy koncertu, który odbył się 14.02.2016 w Studiu Komcertowym im. W.Lutosławskiego w Warszawie. Tego właśnie wieczoru mieliśmy okazję posłuchać muzyki stworzonej przez prawdziwego mistrza – Garry’ego Guthmana. Jest w jego kompozycjach energia i melancholia, jest swing i blues (a nawet tango), jest niesamowita moc i magia. A żeby te cudne kompozycje mogły zabrzmieć tak, jak powinny, żeby poruszyły serca słuchaczy, niezbędni byli właściwi, wyjątkowi muzycy. I takich właśnie muzyków Mr. Garry zebrał wokół siebie, a oni nie tylko nagrali wspólnie z nim znakomitą płytę, ale stawili się tego dnia na scenie, by towarzyczyć w tym mistycznym wręcz wieczorze jego głównej gwieździe - Saszy Strunin.

Znakomicie dobrano datę promocji krążka „Woman in Black”, bo przecież – chociaż na albumie opisane zostały różne sytuacje zaczerpnięte z życia wokalistki – to jednak jej głównym przesłaniem jest właśnie miłość. Sasza wielokrotnie przypominała o tej z pozoru trywialnej, banalnej kwestii. I bardzo dobrze, bo jakże często zapominamy, że miłość jest jednym z naszych najważniejszych uczuć, że to ona w znacznej mierze wpływa (może wpływać) na nasze postrzeganie świata, a przez to wpływa na nasze czyny. Takich nawoływań zatem nigdy dość.

Każdy, kto był już w tej sali koncertowej dobrze wie, że ma ona specyficzną akustykę, która zapewne nie musi każdemu odpowiadać. Bo owszem, znakomicie słychać tutaj każdy instrument, ale czasami bywa jednak za głośno i za wyraźnie. Tym razem owa wyraźna selektywność brzmienia miała swój urok, bo można było usłyszeć każdy niemal dźwięk, wydawany przez każdy instrument, ale muszę też szczerze powiedzieć, że czasami głośność i wyrazistość brzmienia oraz zbyt rozświetlona scena trochę wpłynęła na odbiór przeze mnie całości koncertu. Bo muzyka z albumu jest bardzo specyficzna, delikatna, bardzo osobista, wręcz prosi się o - może i trochę sztuczną - teatralną oprawę. Jestem pewien, że przygaszone światła, z punktowymi reflektorami, lekko „przydymiona” atmosfera jeszcze bardziej podziałałaby na wyobraźnię słuchaczy. Nawet tak banalne rekwizyty, jak stołek barowy, na którym mogłaby usiąć wokalistka w czasie, gdy muzycy grali swoje znakomite, poruszające solówki, dodałby uroku, wpłynął na klimat koncertu. Nie mówię już o kwiatku w wazonie, czy lampce wina na stoliku. Banalne? – oczywiście. Ale jak działa na wyobraźnię!

Z kolei dzięki sporemu „naświetleniu” sceny mogliśmy nie tylko słuchem, ale i oczami podziwiać umiejętności techniczne muzyków. Ponieważ od zawsze jestem zakochany w sekcji rytmicznej, zatem przerzucałem się od obserwacji szaleństw (aczkolwiek kontrolowanych), jakie wyczyniał na swoim zestawie perkusyjnym Paweł Nowakowski, na palce rąk kontrabasisty Pańty. I przyznaję, niesamowite to było przeżycie!

Oczywiście skłamałbym, gdybym stwierdził, że omijałem wzrokiem wokalistkę. To było niemożliwe, bo Sasha przyciąga wzrok swoją urodą, postawą, ubiorem. Ale przede wszystkim niesamowitymi możliwościami wokalnymi. Jakże rzadko zdarza się takie połączenie urody fizycznej z urodą wokalną. Bo wokalistka potrafi już wiele, a jej możliwości są wręcz nieograniczone. Dużo teraz zależy od tego, jaką drogę kariery wybierze, czy dalej stawać będę u jej boku takie osoby, jak Garry Guthman, którzy będą potrafili wykorzystać jej możliwości, wydobędą z niej to, czym obdarzyła ją natura, a co doprowadziła już wręcz do perfekcji dzięki ciężkiej, wieloletniej pracy.

Miałem tę niesamowitą przyjemność, że obok mnie siedział tata wokalistki, mogłem z nim porozmawiać o tym, jak Sasza pracowała na ten – nie bójmy się tego słowa – sukces, ale przede wszystkim mogłem obserwować jego reakcje, jego poruszenie i wzruszenie. Ono udzielało się też mnie, próbowałem sobie wyobrazić, jakim poważnym, nadzwyczajnym przeżyciem musi być oglądanie córki, która potrafi tak śpiewać, potrafi swoim śpiewem zaczarować liczną publiczność.

Na koncert złożyły się oczywiście utwory, które znalazły się na albumie. Wykonane zostały znakomicie. Na żywo odbiera się je jeszcze lepiej i jeszcze głębiej. Ale każdy dobry koncert musi nieść ze sobą jakieś niespodzianki. I tych też nie zabrakło. Albowiem mieliśmy okazję wysłuchać przepieknego utworu intrumentalnego „Di Trevi”, którym Garry Guthman wyraził swoją miłość do małżonki, pani …. Piękna to kompozycja, równie niezwykła i poruszająca, jak wszystkie utwory kompozytora. Specjalna dedykacja spowodowała, że jej moc jeszcze się powiększyła. Na zakończenie koncertu zabrzmiał zaś słynny „My Funny Valentine”, ciekawie zaaranżowany i wykonany przez Sashę z zespołem.

Chociaż notatki zrobiłem sobie zaraz po koncercie, sam ten tekst napisałem już wiele dni po koncercie. A jednak powstałe wtedy emocje wciąż we mnie tkwią, wciąż mam przed oczami salę, Saszę i zespół, mam w uszach muzykę, mam w sercu przeżycia, których mi dostarczono. I mam nadzieję, że zostaną ze mną jeszcze bardzo, bardzo długo.

Ray

235 czytań