Nawigacja

2017.02.05 - Dżem - Torwar, Warszawa

Nawet teraz, kiedy piszę te słowa czuję dziwny smutek. Chociaż od koncertu minęło już trochę czasu, to wciąż nie mogę wyrwać się ze szczególnego stanu, w jaki wpadłem od pierwszych dźwięków, które zabrzmiały ze sceny. Dawno już żaden koncert nie wywołał u mnie tak specyficznych doznań, takiego smutku i melancholii, dawno nie doznałem tak gwałtownego powrotu, wręcz całym sobą, w przeszłość, dawno też nie uświadomiłem sobie z taką mocą, jak szybko ucieka nam czas, jak szybko odchodzimy, jak niewiele zostało nam naszego czasu tutaj na ziemi.

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to właściwy wstęp do pisania o koncercie, ale mimo prawie dwóch tygodni, jakie minęły od koncertu, nie potrafię pozbyć się wywołanego nim nastroju, a zatem nie jestem w stanie pisać o nim na chłodno. Jak zresztą nigdy nie byłem w stanie na chłodno słuchać muzyki zespołu. Bo Dżem towarzyszy mi właściwie od zawsze, od czasu, kiedy świadomie zacząłem słuchać muzyki. To między innymi dźwięki i słowa stworzone przez członków tego zespołu ukształtowały moją wrażliwość muzyczną, w pewien sposób wpłynęły na wybór stylu życia. Te niezapomniane piosenki zawsze wzbudzały niesamowite emocje, zawsze z niezwykłą siłą oddziaływały na stan ciała i umysłu.

Przyznaję, po śmierci Ryszarda Riedla, zacząłem mieć problemy ze słuchaniem muzyki grupy. Wywoływała we mnie emocje jeszcze silniejsze. Kiedy w wypadku zginął Paweł Berger, włączałem płyty grupy niezwykle rzadko, musiałem je sobie dozować, by nie popaść w stan specyficznego zawieszenia. Nie śledziłem już dokładnie poczynań grupy, ale nie z powodu twierdzenia, że tylko to, co starsze zasługuje na uznanie, ale ze wspomnianego już unikania nadmiernych wzruszeń.

Kiedy udawałem się na koncert zespołu na warszawski Torwar nie wiedziałem jeszcze, jak zareaguję, bałem się, że może z jakiegoś powodu nie odnajdę się w tym miejscu, z tymi ludźmi, z tą muzyką. Może w niewłaściwy sposób odbiorę obecny skład grupy, obecne interpretacje utworów. Tymczasem… już od pierwszych kawałków (spędzonych jeszcze w oczekiwaniu na oddanie kurtki do szatni!) zaczynał pojawiać się we mnie dziwny nastrój, który pogłębił się już zupełnie, gdy znalazłem się na sali.

Uderzył mnie widok muzyków, jak bardzo się postarzeli (mam nadzieję, że to nie z tego powodu nie wolno było robić zdjęć z fosy…), uderzyła mnie przeogromna rozpiętość wiekowa ludzi zgromadzonych w hali, uderzyła mnie świadomość, że ja też już należę do coraz mniej licznego pokolenia, które musi zwalniać miejsce młodszym, uderzyło mnie też zupełnie inne podejście młodych ludzi do muzyki grupy, rozmowy w trakcie koncertu, czy ciągłe zabawy z telefonami. To był widomy znak, że inaczej już reaguje się na tę muzykę, że zupełnie inaczej reaguje się na zawarte w tekstach słowa, przemyślenia, idee. I zrobiło mi się bardzo smutno.

Grupa nigdy nie szalała nadmiernie na scenie, wszak muzyka zespołu zawsze była raczej nastrojowa, melancholijna, chociaż zdarzały się w karierze Dżemu całkiem ostre i szybkie numery. Tym razem jednak ten spokój, to specyficzne oddalenie muzyków od publiczności podziałały na mnie bardzo przygnębiająco. Zobaczyłem tych starszych panów i… - przepraszam za to skojarzenie, ale takie mi się właśnie pojawiło – natychmiast powstało we mnie pytanie: jak długo jeszcze, ile jeszcze koncertów będą w stanie zagrać. Bo czas upływa nieubłaganie, dotyka nas wszystkich, nie oszczędzi zatem też muzyków. I zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno.

Starzeje się wszysko, poza muzyką zespołu. Bo ona wciąż żyje i - mam nadzeję – będzie żyć jeszcze bardzo długo. Liczę na to, że ta młodzież, która zmobilizowała się, by przyjść na Torwar, przyszła na koncert nie dlatego, że wypada, ale dlatego, że docenia, że naprawdę lubi tę muzykę. I że będzie ją puszczać znajomym, a z czasem swoim dzieciom. Bo jeśli kiedyś zabraknie muzyków, ich muzyka , tak dobra, tak unikalna, tak wyjątkowa i niepowtarzalna muzyka winna przetrwać. Bo po prostu na to zasługuje.

Jak wspomniałem wyżej, nie znam już dobrze nowszych utworów grupy, owszem, jakieś pojedyncze kawałki do mnie docierały, ale już nie działały tak mocno, jak te starsze. Zespół na szczęście tak ułożył setlistę, że jej układ mógł zadowolić każdego, i tych młodszych i tych starszych fanów, którzy – jak ja – oczekiwali zapewne tych najważniejszych, najstarszych, najbardziej poruszających numerów. Zapewne każdy fan, który znalazł się tego wieczoru na hali Torwaru stworzyłby swoją własną listę utworów, które powinny popłynąć ze sceny. Ale myślę, że ostatecznie wszyscy winni być usatysfakcjonowani. Ja wyłapałem tylko kilka, oczywiście tych, które znam najlepiej, których wysłuchałem z wielką radością, ale też wspomnianą, ogromną dozą melancholii, jak „Harley mój”, „Sen o Victorii”, „Mała Aleja Róż”, jak kończące cały koncert trzy hity: „Naiwne pytania”, „Whisky” i „Cegła”. Ale pojawiły się też takie utwory, jak „Do przodu”, „Partyzant”, czy – według mnie – najcudniejszy utwór ostatnich lat, czyli „Do kołyski” - kolejny niezwykły, wzruszający, piękny utwór.

Muzycy zagrali tak, jak zawsze – wyjątkowo. Bo przecież inaczej nie potrafią. Z niezmiennym oczarowaniem obserwowałem gitarowe popisy Jerzego Styczyńskiego i „przyklejonych do siebie” braci Otrębów, tej potężnej lokomotywy zespołu. Pierwszy raz miałem za to okazję posłuchać na żywo mocnej perkusji Zbigniewa Szczerbińskiego oraz wokalnych interpretacji Macieja Balcara, który nie próbuje w żaden sposób naśladować Ryśka (chociaż momentami jego barwa głosu i maniera lekko przypominają głos i manierę wielkiego jego poprzednika), ale jest po prostu sobą, śpiewa tak, jak czuje, jak potrafi. I robi to bardzo dobrze. Potrafi oddać teksty, potrafi oddać klimat poszczególnych utworów. A rola to wszak nie łatwa, bo chociaż śpiewa już trochę w zespole, to jednak zawsze będzie porównywany z Riedlem.

Smutny i melancholijny to był koncert, z piękną, wzruszającą, melancholijną muzyką.

Ray

Bardzo dziękuję firmie Wagart za możliwość uczestniczenia w tym wyjątkowym wydarzeniu!

293 czytań