Nawigacja

Janusz ZDUNEK - Numery



JANUSZ ZDUNEK - Numery (2017 S.P. Records)



Skład:
Janusz Zdunek - trąbka, syntezatory
Bogumiła Boogie Ludwińska - saksofon altowy
Mariusz Godzina - saksofon tenorowy
Tomasz Glazik - saksofon barytonowy
Jarek Ważny - puzon, głos
Piotr Wróbel - tuba
Ireneusz Kaczmar - gitara basowa
Rafał Baca – perkusja

Kajetan Aroń - realizacja nagrania, miks, mastering



Muszę się przyznać, że nazwisko Janusza Zdunka znane mi było ze składu Kultu, natomiast nie miałem do tej pory okazji zapoznać się z jego twórczością na polu jazzowym. Dlatego z wielką radością sięgnąłem po jego najnowszy album, zatytułowany „Numery”. Rzadko mi się zdarza, żebym pisał recenzję następnego dnia po tym, jak posłuchałem płyty po raz pierwszy. Owszem, przesłuchałem ją w całości kilka razy, a pojedynczych utworów nawet kilkanaście. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że słucham tego krążka prawie cały dzień. Ale żeby od razu pisać, bez nabrania dystansu! To raczej do mnie niepodobne. Ale krążek tak bardzo mi się podoba, tak wiele sprawił (sprawia) mi radości, że nie tylko nie zamierzam przestać go słuchać, ale też skusiłem się, by napisać o nim parę słów już dzisiaj, w dniu jego oficjalnej premiery.

A album to naprawdę ciekawy, składający się z… pojedynczych numerów – cyferek, które dałoby się jednak połączyć w pewne zbiory liczb. Jak ktoś lubi, może też pobawić się w tworzenie równań kwadratowych, a podczas pierwszego słuchania płyty, również w prawdopodobieństwo, obstawiając na przykład, co też artysta zagra w następnym numerze. Jeśli ktoś zna lepiej matematykę ode mnie (a nie będzie to zbyt trudne), zapewne doszukałby się możliwości zastosowania innych jeszcze działań matematycznych. Piszę tak, albowiem płyta naprawdę zaskakuje swoją różnorodnością. Zwłaszcza na początku, kiedy właściwie każdy numer jest trochę z innej bajki. Bo o ile „1” jest delikatny, lekko swingujący, to w dwójce dostajemy hip-hopowego wręcz bita (sic!) i melorecytowaną opowieść o przygodach pana, których był gotów obdzielić miłością dwie kobiety jednocześnie, oraz o pani, która obdzielała swym sercem kilku panów. Tekst w miarę dowcipny, ale najważniejsze, że podany na ciekawej ścieżce dźwiękowej. Nie znam się za bardzo na muzyce tanecznej, ale „3” to właśnie coś w rodzaju klasyki muzyki tanecznej lat dwudziestych, czwórka jest zabawowo – bajkowa (spokojnie można ją wykorzystać w ścieżce dźwiękowej jakiejś animowanej bajki), a dziesiątka zrobiłaby furorę w… cyrku (przynajmniej jej fragmenty). Taka właśnie jest różnorodność stylistyczna na tym krążku.

Ale to bynajmniej nie koniec, bo drugą połowę utworów znajdujących się na płycie tworzą numery, które mnie natychmiast przywodzą na myśl dokonania słynnego Milesa D. Oczywiście nie ma mowy o jakiejkolwiek próbie naśladownictwa, to raczej czerpanie z pewnych inspiracji, rodzaj podziękowania za dokonania mistrza trąbki. Zresztą, cokolwiek współcześni artyści by nagrywali i tak będą musieli się zderzyć z tak sławnymi nazwiskami z przeszłości. W tych numerach pojawiają się elementy zaczerpnięte z tradycyjnego jazzu i granego przez muzyka w innych zespołach tak zwanego yassu (ale w rozsądnych ilościach). Na uwagę zasługuje brzmienie trąbki pana Janusza. W zależności od utworu, dźwięk bywa czysty, głęboki, dość niski, głaszczący uszy słuchacza, ale też potrafi być lekko przybrudzony, charczący, wręcz drażniący („1”). Ale w każdym przypadku słucha się tej trąbi znakomicie.

Po pierwszym słuchaniu byłe trochę zły na muzyka za ten zbyt duży, jak mi się wydawało, miszmasz. Zdecydowanie bardziej odpowiadały mi te bardziej klasyczne, jazzowe numery, ale z każdym kolejnym słuchaniem przestawało mi to przeszkadzać, płyta zaczęła tworzyć pewną zwartą całość. Dzięki zmianom klimatu i tempa, dynamiki i stylistyki nie ma szans, żeby choć przez chwilę się znudziła. Ciągle coś się dzieje, ciągle zaskakuje czymś nowym i nieoczekiwanym.

Nie muszę zapewne wspominać, że album jest nagrany przez znakomitych muzyków, dlatego wszystko tu gra i współgra. Kompozycje cechuje pewien rodzaj prostoty, surowości, a zagrać w ten sposób, naprawdę trzeba umieć. Bo liczy się tutaj każdy najdrobniejszy dźwięk, bo ważny i dobrze słyszalny jest każdy instrument. Nie ma sytuacji, że jazgot jednego z nich tworzy ścianę dźwięku, w której giną pozostałe instrumenty. Tutaj każdy dźwięk słychać znakomicie, każdy musi współgrać z kolejnym i do tego w trudniejszych rytmicznych momentach muszą tworzyć całość. I to muzykom wyszło perfekcyjnie, i dlatego słucha się tych utworów za każdym znakomicie, ale też trochę inaczej. Bo można skupić się na solowych popisach lidera, ale też śledzić partie innych instrumentów dętych, perkusji, czy basu. Patrzeć na każdy kolejny utwór z trochę innej strony. I zaznaczam, każda strona jest intrygująca, jak intrygująca jest muzyka Janusza Zdunka.

Zachęcam gorąco do zapoznania się z tym krążkiem, z tą niezwykłą, klimatyczną muzyką. Z albumem, na którym znajdziemy tradycję i nowoczesność, trochę radości i sporą dozę melancholii, trochę prostej zabawy i odrobinę psychodelii („7”). Na pewno album przypadnie do gustu miłośnikom jazzu, ale – przetestowałem to na koledze – będą w stanie wysłuchać go też ci, którzy na co dzień unikają obcowania z tak podanymi dźwiękami. Ja jestem nią zauroczony. Jestem pewien, że będzie albumem, po który – podobnie, jak to bywa w przypadku płyt Davisa, Stańki, czy Breckera – będę sięgał jeszcze wiele, wiele razy.

Ray

923 czytań