Nawigacja

2016.01.09 - "Namiętna kobieta" w Teatrze Telewizji

Przed paru laty byłem na tej sztuce w Teatrze Współczesnym. Jakiś czas później obejrzałem ją w telewizji. Minęły kolejne lata i znów pojawiła się okazja, by ją zobaczyć w Teatrze Telewizji. Zatem skwapliwie z niej skorzystałem. Chociaż dobrze pamiętałem, o czym jest ta sztuka, chociaż dobrze wiedziałem, czego się spodziewać, to i tak z wielką radością zasiadłem przed telewizorem, żeby kolejny już raz zobaczyć, co się wydarzyło w dzień planowanego ślubu Marka Derbyshire.

Czy powodem takiej chęci oglądania tego spektaklu jest sama jego treść? Otóż, owszem, jest ona niczego sobie, taka akurat do przyjętej konwencji, jest w niej kilka ciekawych i śmiesznych dialogów, trochę klasycznych tekstów o stosunkach małżeńskich i tych na styku matka – (dorosłe już) dziecko. Mimo dość ogranej tematyki, udało się autorce wyjść z zadania obronną ręką. Podejrzewam, że gdyby tak nie było, taki teatr, jak Współczesny nie wziąłby jej nigdy na afisz.

Ale to nie tylko tekst ma tutaj znaczenie. Ten spektakl ogląda się głównie dla aktorów. I to też nie tylko dla nazwisk, ale dla tego, jak ci aktorzy grają. Ten spektakl to popis gry aktorskiej pani Marty Lipińskiej, która kolejny już przecież raz potwierdziła, jak znakomitą jest aktorką. Rola Betty jest wręcz dla niej stworzona. Budowa ciała, głos, ruch, mimika – wszystko tworzy postać, jaką wyobrażalibyśmy sobie, czytając sam dramat. Znakomicie partnerują jej trzej panowie: (niezwykle energetyczny) Piotr Adamczyk w roli syna Marka, (zdystansowany do świata) Krzysztof Kowalewski w roli męża Donalda oraz rewelacyjny w roli byłego kochanka Craze’a - Andrzej Zieliński. Chociaż widziałem ten spektakl już trzeci raz, wciąż pozostaję pod wielkim wrażeniem tego, jak znakomicie udało im się oddać charakter tych postaci, wyraziście, ale bez przekraczania magicznej granicy kiczu.

W dzień ślubu Marka, jego matka Betty zaszywa się na strychu domu. Kobieta nie może się pogodzić z „utratą” drugiego mężczyzny, którego kocha w swoim życiu. Odejście syna z domu oznacza wszak nie tylko starość, nie tylko zerwanie z dotychczasowym celem życia (wychowywanie dziecka), ale na swój sposób zerwanie z całą przeszłością, oznacza zamknięcie się w domu z człowiekiem, z którym jest raczej z obowiązku (wszak to ojciec jej dziecka) niż miłości. Bo tak naprawdę (poza wspomnianą miłością do syna), zakochana była tylko raz – w swoim sąsiedzie z dołu, jeszcze w starym mieszkaniu. Chociaż była już mężatką to wdała się w gorący romans. Był to jedyny w jej życiu okres, kiedy czuła się prawdziwą, namiętną kobietą. Betty pielęgnuje pamięć o zmarłym już kochanku, na tyle często musiała wracać do „rozmów z nim”, że właśnie tego dnia, kiedy w jej życiu ma nastąpić kolejna wielka zmiana, kochanek zjawia się na strychu!

Jak zwykle, nie napiszę wszystkiego, co wydarzyło się w sztuce, żeby nie zniszczyć radości z jej oglądania. Wspomnę natomiast, że warto ten spektakl obejrzeć z jeszcze jednego powodu. Kiedy zaczynamy zauważać, że nasze dzieci są od nas większe, wiedzą coś, czego sami nie jesteśmy już w stanie objąć rozumem, zaczynamy rozumieć, że młodość, czy tego chcemy, czy też nie, jest już za nami. Możemy wciąż czuć się młodzi, ale kalendarz codziennie wskazuje, że więcej mamy już za sobą niż przed sobą. Wtedy przychodzą do głowy różne, i niekoniecznie psie, myśli. A co by było, gdybyśmy kiedyś, w przeszłości coś zrobili? A co by było, jakbyś teraz coś zrobili? Chcielibyśmy coś zrobić, coś zmienić, żeby wreszcie poczuć, że mamy to, czego chcieliśmy, że czujemy się spełnieni. Nie jestem pewien, czy taki stan jest możliwy, ale owe dążenia są często wszystkim, co z kolei pozwala nam na dalsze trwanie.

Betty też znalazła się na rozdrożu. Nie jest już młoda, całe swoje dorosłe życie spędziła z człowiekiem, z którym… była. Może i kiedyś coś do niego czuła, potem już tylko była. Całą miłość przelała do syna, który właśnie ma ją opuścić, bo przecież ślub oznacza opuszczenie matki. To chwila, kiedy kobieta wraca pamięcią do lat młodości, przywołuje pamięć kochanka, bo z nim czuła się najlepiej, czuła się prawdziwą kobietą – nie matką, nie żoną, a kobietą. Tyle tylko, że nie da się wrócić do przeszłości. Zresztą, kto wie, jak by wyglądała jej przyszłość z takim lubiącym kobiety facetem. W pewnym momencie musi zdecydować, kogo (a zatem, jakie życie) wybrać, z kim zejść z dachu (nie powiem, jak się tam znalazła). Musi podjąć kolejną, ważną decyzję w jej życiu, wybrać nieznane ze zmarłym kochankiem (tu oczywiście też pojawić się może kilka interpretacji), wrócić do męża (który zapowiada zmiany, jakie mają nastąpić po wyprowadzce z domu ich syna), wreszcie zejść i iść na ślub Marka, czyli daje „bawić się” w mamusię. Co wybiera już nie zdradzę.

Ray

Kay Mellor – Namiętna kobieta, tłum. Elżbieta Woźniak, reż. Maciej Englert
Premiera teatralna – 16.01.2003 (Teatr Współczesny, Warszawa)
Rok nagrania – 2009
Premiera telewizyjna: 15.02.2010

382 czytań