Nawigacja

Ostatnie artykuły































INSTYTUT SŁOWACKI/ WARSZAWA

Rudeboy/ Bielsko-Biała


- 02.06.2017 - Backfliping Dog, Six-Score
- 03.06.2017 - Rap&Roll Festival
- 05.06.2017 - Moka Only
- 09.06.2017 - Shvpes
- 10.06.2017 - Helroth, Radogost, Runika, River of Time
- 12.06.2017 - Void Inn, Skandal
- 16.06.2017 - Pro8l3m, Włodi
- 19.06.2017 - Sepultura
- 22.06.2017 - Afu-Ra
- 23.06.2017 - BB Froggers, Paranoica, Borderline, Demeted
- 30.06.2017 - Booze & Glory




- 01.07.2017 - Nuclear, Conflicted, Nuclear Holocaust, Consumer

- 22.07.2017 - Walk + Czad Party

- 28.07.2017 - Animus Mortis

- 29.07.2017 - Skapearda & Kompromitacja

Nawigacja

Sasha Strunin, czyli "Woman In Black"

Jeszcze do ostatniej środy nazwisko Sashy nic mi nie mówiło. Nie słucham popowych piosenek, wykonywanych przez młode dziewczęta. Nie dlatego, że nie lubię młodych dziewcząt, ale po prostu nie przepadam za taką, promowaną przez obecne media muzyką. Nie przeglądam też stron, ani nie czytam gazet, które opisują życie tak zwanych celebrytów. Zatem nie znam ich i prawdę mówiąc, nie planuję poznać. Szkoda mi czasu.

Kiedy zapytałem znajomych, okazało się, że owszem Sasha Strunin jest im znana, ale usłyszałem, że powinienem sobie raczej odpuścić wyjście na konferencję prasową, bo śpiewana przez nią muzyka zdecydowanie nie należy do moich ulubionych.

Ale na zaproszeniu, jakie dostałem od organizatora konferencji i wydawcy nowej płyty Sashy, czyli Polskiego Radia, zamieszczone zostało zdjęcie młodej, atrakcyjnej kobiety, upozowanej na lata pięćdziesiąte. A to już mnie zaintrygowało. Im jestem starszy, tym bardziej szukam delikatniejszej muzyki, lekko jazzowej, lekko swingująco – bluesującej, dobrze przy niej wypoczywam, pracuję, a jednocześnie sprawia wiele przyjemności. Z jednej zatem strony usłyszałem: „nie idź”, z drugiej, zdjęcie kusiło… Ostatecznie stwierdziłem, że zaryzykuję, tak rzadko bywam gdziekolwiek, że najwyżej wrócę kolejny raz rozczarowany poziomem współczesnej sceny muzycznej.

Poszedłem zatem, zobaczyłem i… oniemiałem. Tak, dosłownie oniemiałem, bo chociaż gdzieś tam głęboko liczyłem na coś intrygującego, to dostałem zdecydowanie więcej! Już po wejściu do Sali im. Władysława Szpilmana dostrzegłem rozłożone na scenie instrumenty (chciałoby się napisać „żywe instrumenty”): fortepian, perkusję, gitarę, kontrabas i aż trzy dęciaki: saksofon, trąbkę i puzon. A zatem dobrze wyczułem, zapowiadało się, że dostanę to, na co trochę liczyłem!

W oczekiwaniu na rozpoczęcie mini koncertu otworzyłem płytę (niniejszym bardzo za nią dziękuję) i… oniemiałem po raz wtóry! Okazało się, że Sashy w nagraniach towarzyszyła prawdziwa śmietanka polskich muzyków, których nazwiska niemal codziennie pojawiają się przy różnych okazjach. I były to nazwiska nie jakichś celebrytów, ale prawdziwych muzyków.
Czytam dalej. Kolejne zaskoczenie – za cały materiał (kompozycje, teksty, aranżacje) odpowiadał Gary Guthman, człowiek znany ze współpracy z Tomem Jonesem, Bee Gees, czy Michelem Le Grandem! I zrobił to wszystko dla młodej dziewczyny! Po prostu cud.

kAle równym cudem (potwierdziła to w rozmowie ze mną pani menedżer Małgorzata Zalewska – Guthman) było zebranie takiego oto grona muzyków: na saksofonie zagrał Marcin Kajper (współpracuje m.in. z Rayem Wilsonem), na gitarze Michał Milczarek (lider projektu MM3, współpracował m.in. z Michałem Urbaniakiem i Anią Szarmach), Filip Wojciechowski (m.in. laureat nagrody specjalnej na Konkursie im. Fr. Chopina), na perkusji – Paweł Dobrowolski (współpracujący np. z Anną Marią Jopek), na puzonie człowiek o „nazwisku, które zobowiązuje”, czyli Jacek Namysłowski, idący w ślady znanego taty (też przecież grał na tym instrumencie) i wreszcie na kontrabasie jeden z nielicznych muzyków na świecie, którzy zdobyli Grammy – czyli Paweł Pańta. Cud? Cud! A na pewno marzenie szerokiego grona muzyków.

I ta oto drużyna w zmienionym lekko składzie (m.in. Pawła Dobrowolskiego zastąpił… Cezary Konrad!) towarzyszyła Sashy podczas krótkiego koncertu. Nie pierwszy już raz sparafrazuję klasyka „ powiedzieć, że było wyjątkowo, to nic nie powiedzieć”. Ta maszyna tak grała, że palce lizać. Chociaż wszyscy mają za sobą liczne koncerty, u żadnego z muzyków nie dało się wyczuć zniechęcenia, zmanierowania, tworzyli niezwykle zgrany, wyluzowany, bawiący się organizm, którego głową była niesamowita Sasha.

Bo to nie tylko piękna, intrygująca kobieta, to prawdziwa kobieta z klasą i tym czymś w głosie, ruchach, mimice twarzy (zabijający uśmiech), co powoduje, że trudno oderwać od niej wzrok. Ale sam wygląd by nie wystarczył, potrzebny jest jeszcze talent i długa żmudna praca.

Nie miałem okazji zbyt długo porozmawiać z paniami, ale dowiedziałem się, że praca nad płytą trwała dwa lata! Sasha zdecydowała się zerwać z dotychczasowym wizerunkiem i przeobrazić się z młodego dziewczątka (sic!) w prawdziwą kobietę. Zwróciła się o pomoc do Garry’ego Guthmana, który po przesłuchaniu jej, zgodził się podjąć wyzwanie. Kompozytor tworzył muzykę, pisał teksty (oparte na historiach z życia Sashy), a ona uczyła się angielskiego, aby zgubić swój polsko-rosyjski akcent. I udało się, przygotowali płytę, która podbiła serca zgromadzonych w budynku Polskiego Radia dziennikarzy, i która – mam nadzieję – podbije serca licznych słuchaczy. Ale o samej płycie napiszę w recenzji.

A żeby zachęcić wszyskich naszych czytelników do sięgnięcia po tę płytę, zachęcam fo obejrzenia teledysku, nagranego do tytuowego utworu, czyli "Woman In Black".

Ray

Bardzo dziękuję za możliwość uczestniczenia w tym koncercie Polskiemu Radiu i firmie Kostrzewa PR

623 czytań